piątek, 27 stycznia 2012

14.06.2006 - Chińszczyzna

Na dzisiaj miałam zaplanowane dwie rzeczy: chińska dzielnica i mega księgarnia, o której opowiadał mi Albin. 
China Town w Chicago (http://everywhere.com/places/4958)
Pierwszym celem było China Town. Panuje tu zupełnie inna atmosfera niż w centrum Chicago. Gdy tu dotarłam poczułam się nieco jak na Dalekim Wschodzie. Dookoła pełno małych skośnookich ludzi, wszędzie powywieszane szyldy skośnookich zupełnie obcych mi językach, a z malutkich sklepików spożywczych unosiły się specyficzne (nie koniecznie przyjemne) zapachy. Postanowiłam zjeść obiad w tych egzotycznych jak dla mnie warunkach. Weszłam do sporej restauracji i zamówiłam kurczaka z warzywami i colę. Ta cola to do szczęścia mi potrzebna nie była, jak się okazało, gdyż do posiłku dostałam dodatkowo wodę i herbatę. Na początek nieco przeraził mnie widok pałeczek. Szczerze mówiąc nie wiedziałabym jak się nimi posługiwać. Na szczęście kelnerka przyniosła mi także widelec. Jedzenie niestety do najlepszych nie należało. Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś o niebo lepszego. Za mało soli i w ogóle jakieś takie bez smaku.

Po obiedzie pojechałam do polecanej przez Albina księgarni. I to był błąd J Z moim zamiłowaniem do książek wydałam całkiem sporo pieniędzy. Kupiłam sobie „Dziennik Podróży”, książkę „Bookseller of Kabul”… (reszta tego dnia poszła w zapomnienie, jako, że nie skończyłam pisać notatek… tak więc już nie pamiętam na co jeszcze wydałam pieniądze w księgarni. A z perspektywy czasu: za chińskim jedzeniem nadal nie przepadam, mimo, że byłam w kilku różnych restauracjach i bufetach, na książki nadal jestem w stanie wydać małą fortunęJ)

niedziela, 15 stycznia 2012

13.06.2006 - Pierwsze kroki w Chicago


Moim priorytetem na ten dzień było dodzwonienie się do mojego nowego pracodawcy – Jagmoheda. W tak zwanym między czasie postanowiłam znaleźć budkę telefoniczną, a na dobry początek powłóczyć się trochę po mieście. Pierwszym celem była chicagowska Złota Mila. Wszystko olbrzymie: budynki do nieba, nieskończenie dużo samochodów i jeszcze więcej ludzi. Tylko budek telefonicznych jak na złość brak. 

Weszłam do jakiegoś kompleksu sklepów: ot tak żeby sobie zobaczyć, jakie tu są ceny. Niestety ładne ubrania to tutaj rarytas. Natomiast sprzedawcy przesadnie mili. Oglądam jedną sukienkę, podchodzi sprzedawczyni i z wielkim entuzjazmem krzyczy: „Tak! Ta sukienka jest stworzona dla ciebie! Będziesz w niej wyglądała prześlicznie!” Odburknęłam tylko pod nosem: „Dziękuję, ale ja tylko oglądam…” Chwilę później podchodzi następna i ni z gruszki ni z pietruszki: „How are you?” z przymilnym uśmiechem numer 158 na twarzy. Może to i jest miłe, ale mi działa na nerwy. Chyba jestem nieco uprzedzona do tego narodu…
W połowie „Mili” postanowiłam się skupić tylko na szukaniu budki telefonicznej. Było to ciężkie zadanie…Dotarłam do jeziora, a tu ciągle żadnej budki…W końcu postanowiłam zejść „do podziemi”. Wcześniej wkroczyłam w uroczą dzielnicę malutkich domeczków we włoskim stylu. Chyba to była jakaś bogata dzielnica. Gdy udało mi się w końcu znaleźć telefon (okazało się, że są przy każdym wejściu do kolejki…J) to najpierw jeden był zepsuty, z następnego sama zrezygnowałam, bo był przy drodze, natomiast przy trzecim okazało się, że miałam za mało drobnych żeby zadzwonić. Albin powiedział mi, że wystarczy mieć ćwierćdolarówkę, a tu się okazało, że i dwie to za mało…Na jeden telefon potrzeba było całe 80 centów. Kiedy w końcu udało mi się dodzwonić, to odezwała się skrzynka głosowa. No nic. Postanowiłam się jeszcze trochę powłóczyć i zadzwonić ponownie. Poszłam do Parku Milenium. Cudownie się złożyło, bo akurat jakaś orkiestra miała próbę przed koncertem. Leżałam sobie na trawie, słuchałam muzyki i podziwiałam Chicago (z tej perspektywy dużo bardziej mi przypadło do gustu: nie czuję się już taka mała i zagubiona w wielkim mieście).
Chicago - Park Millennium
Po dwóch godzinach znowu zadzwoniłam do mojego nowego szefa. Tym razem była to udana próba. Odezwał się głos z bardzo wyraźnym hinduskim akcentem. Mam jeszcze jeden dzień wolnego! Zaczynam dopiero w piątek, a na dodatek mogę pracować w Chicago! Oznacza to, że mogę mieszkać z rodzicami Albina i mieć stały dostęp do Internetu, a to oznacza, że też do Albina! Hurra!
Aby to uczcić postanowiłam sobie kupić coś ładnego. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu z wyprzedażą. Znalazłam tam prześliczną (o dziwo, bo to się rzadko zdarza w amerykańskich sklepach) spódniczkę. Mój pierwszy nabytek w USA J Zaczęło się robić trochę późno, a ja jeszcze chciałam pogadać z Albinem, więc wróciłam do domu.

wtorek, 1 lutego 2011

12.06.2006 - Warszawa - Chicago

Moze tylko slowem wstepu - blog ten jest moim przepisanym dziennikiem z pierwszego wyjazdu do USA, tak wiec wpisy absolutnie nie sa aktualne, natomiast sa zywym oddaniem moich wrazen z tej wyprawy. Byl to wyjazd na program work&travel, na koniec ktorego razem z Albinem odbylismy 2-tygodniowa wycieczke po wschodnim wybrzezu.

Wszystko rozpoczelo sie w grudniu, kiedy to musialam zaczac zalatwiac wszystkie formalnosci do wyjazdu: najpierw znalezienie pracodawcy, kupienie biletu, wiza, spotkanie orientacyjne... Wszystko to trwalo troche czasu, ale zakonczylo sie pomyslnie i jestem teraz w Chicago. Moja podroz rozpoczela sie w poniedzialek 12.06.2006 o godz. 2.30, kiedy to w srodku nocy (ktorej oczywiscie nie przespalam) wyjechalismy razem z moimi dwoma z trzech ukochanych Januszow (tata i Albinem) do Warszawy, aby stamtad o 7.05 (teoretycznie) poleciec do Paryza, a nastepnie do Chicago.

Tata zostawil mnie i Albina na Okeciu a sam pojechal do Konskich, aby przed praca jeszcze troche sie przespac. Byla godzina 5.00. Kiedy weszlam na lotnisko wpadlam nieco w panike: wszystko wydawalo mi sie BARDZO duze i gdyby nie Albin, ktory mi ciagle powtarzal: "To to jest male lotnisko. W Chicago to dopiero zobaczysz!" to chyba bym stamtad uciekla. :)

Na szczescie nie ucieklam a chwile pozniej spotkalam Reczek, ktora akurat szukala swojego Tomka. Generalnie na Okeciu nie wydarzylo sie nic ciekawego. Postalismy troche z Reczkowa i Tomkiem, pozniej oni poszli juz do samolotu (tez lecieli do Chicago tylko przez Mediolan). Zostalam sama z Albinem. Nie trwalo to jednak dlugo gdyz sama musialam zaraz isc do samolotu. Gdy przechodzilam przez bramke oddzielajaca mnie od Albina zrobilo mi sie tak BARDZO smutno, ze prawie sie poplakalam.... Na szczescie szybko wzielam sie w garsc i poszlam szukac swojego samolotu.

Kiedy siedzialam juz na swoim miejscu, w samolocie co chwile oglaszano, ze przepraszaja za opoznienie, ale... a to zabraklo 12 pasazerow, a to jakies klopoty techniczne itp, itd... (w sumie ciezko ich bylo zrozumiec, bo mowili z silnym francuskim akcentem, a do tego bardzo szybko). W rezultacie wylecielismy z godzinnym opoznieniem. Ten odcinek podrozy minal mi bardzo szybko, gdyz prawie cala droge przespalam.
W Paryzu okazalo sie, ze czesc osob spoznila sie na swoje samoloty. Bylo mnostwo zamieszania, tym bardziej, ze odleglosci pomiedzy poszczegolnymi terminalami sa bardzo duze. Ja na szczescie mialam jeszcze 3 godziny zapasu. Jadac busikiem do mojego terminalu poznalam chlopaka (licealiste), ktory lecial z tego samego terminala, o tej samej godznie tyle, ze gdzies w okolice Nowego Jorku. Przegadalam z nim cale 3 godziny. Rozmawialismy troche o tragicznej sytuacji w naszym obecnym (owczesnym) rzadzie, o moherach, Rydzyku, Giertychu itp. Calkiem sympatyczny czlowiek. Rozstalismy sie gdy musial juz isc na swoj samolot. Moj znowu byl pol godziny opozniony.

Mialam nadzieje, ze lecac do Chicago bede mogla patrzec na monitorku gdzie lecimy, ogladnac jakis film lub przynajmniej posluchac muzyki. Niestety. Mam chyba wyjatkowego pecha do samolotow. Byl wprawdzie monitorek, ale niestety padl system i nic nie dzialalo... MASAKRA!

Gdzies w polowie drogi zaczepila mnie jedna kobieta: Polka, abym pomogla jej wypelnic deklaracje celna itp. W podziekowaniu zaoferowala mi miejsce "przy oknie". Bylo to miejsce od strony okna, tylko, ze okna tam tak jakby zabraklo... :) Ale zerkajac nieco z przodu moglam troche widokow zobaczyc.

Obok mnie siedzial pewien 20-letni Bulgar. Generalnie cala droge pil. Na poczatku piwo, pozniej przerzucil sie na wino. Az dziwne, ze byl trzezwy. Cala droge od momentu zamiany miejsca, razem z nim przegadalam. Byl dosyc otwarty (byc moze to ze wzgledu na wypity alkohol :) ) i rozmawialismy troche o naszych krajach, o polityce, o swiecie i o naszych wrazeniach co do podrozy. Rozmawialo sie nam nadzwyczaj swobodnie (pomimo pewnej bariery jezykowej - co chwila ktoremus z nas barkowalo slowa po angielsku) i na koniec podrozy wydawalo mi sie, ze znam go od 100 lat.

Na lotnisku O'Hare okazalo sie, ze osobom, ktore lecialy z Katowic zaginal bagaz. Do tych osob nalezala m.in. pani, ktorej wczesniej pomoglam w samolocie. Nie chcac jej zostawic samej, zgubilam mojego sympatycznego towarzysza podrozy. Gdy razem poszlysmy sie czegos dowiedziec, napatoczyl sie jeszcze jeden chlopak z Katowic. Tez prosil o pomoc, bo mowil, ze ma problemy z jezykiem. Obiecalam sie nimi obojgiem zajac, ale najpierw chcialam odebrac swoj bagaz zanim i on gdzies zaginie. W tym czasie pani zdazyla pojsc do czekajacych na nia znajomych, natomiast chlopak poszedl ze mna, aby zobaczyc czy jego bagazu jednak gdzies tam nie ma. Niestety go nie bylo, natomiast on pomogl mi troche z moimi wielkimi torbami (tak w ogole okazalo sie ze zlamali mi nozke w mojej nowiutkiej, kupionej specjalnie na ten wyjazd walizce!!)

Gdy tylko przekroczylam bramke oddzielajaca mnie od calej Ameryki od razu dostrzegla mnie mama Albina. Chwycila mnie w swoje opiekuncze ramiona i zawiozla do Schaumburga, gdzie mialam pracowac. Moje pierwsze wrazenie o USA: olbrzymie autostrady z olbrzymimi samochodami oraz olbrzymie odleglosci. Do Schaumburga jechalysmy naprawde dlugo. Odczulam to tym bardziej, ze bylam bardzo zmeczona. Najgorsze, ze okazalo sie, ze restauracja jest w poniedzialki nieczynna!!!

Po powrocie do domu zadzownilam tylko do domu i do Albina, aby zdac relacje z podrozy i dac znac, ze jednak zyje :) Zjadlam jeszcze jakas kolacje i poszlam spac.