Na dzisiaj miałam
zaplanowane dwie rzeczy: chińska dzielnica i mega księgarnia, o której
opowiadał mi Albin.
![]() |
| China Town w Chicago (http://everywhere.com/places/4958) |
Pierwszym celem było China Town. Panuje tu zupełnie inna
atmosfera niż w centrum Chicago. Gdy tu dotarłam poczułam się nieco jak na
Dalekim Wschodzie. Dookoła pełno małych skośnookich ludzi, wszędzie powywieszane
szyldy skośnookich zupełnie obcych mi językach, a z malutkich sklepików spożywczych
unosiły się specyficzne (nie koniecznie przyjemne) zapachy. Postanowiłam zjeść obiad
w tych egzotycznych jak dla mnie warunkach. Weszłam do sporej restauracji i
zamówiłam kurczaka z warzywami i colę. Ta cola to do szczęścia mi potrzebna nie
była, jak się okazało, gdyż do posiłku dostałam dodatkowo wodę i herbatę. Na początek
nieco przeraził mnie widok pałeczek. Szczerze mówiąc nie wiedziałabym jak się nimi
posługiwać. Na szczęście kelnerka przyniosła mi także widelec. Jedzenie niestety
do najlepszych nie należało. Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś o niebo lepszego.
Za mało soli i w ogóle jakieś takie bez smaku.
Po obiedzie pojechałam do polecanej przez Albina księgarni. I to był błąd J Z moim zamiłowaniem do książek wydałam całkiem sporo pieniędzy. Kupiłam sobie „Dziennik Podróży”, książkę „Bookseller of Kabul”… (reszta tego dnia poszła w zapomnienie, jako, że nie skończyłam pisać notatek… tak więc już nie pamiętam na co jeszcze wydałam pieniądze w księgarni. A z perspektywy czasu: za chińskim jedzeniem nadal nie przepadam, mimo, że byłam w kilku różnych restauracjach i bufetach, na książki nadal jestem w stanie wydać małą fortunęJ)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz