niedziela, 15 stycznia 2012

13.06.2006 - Pierwsze kroki w Chicago


Moim priorytetem na ten dzień było dodzwonienie się do mojego nowego pracodawcy – Jagmoheda. W tak zwanym między czasie postanowiłam znaleźć budkę telefoniczną, a na dobry początek powłóczyć się trochę po mieście. Pierwszym celem była chicagowska Złota Mila. Wszystko olbrzymie: budynki do nieba, nieskończenie dużo samochodów i jeszcze więcej ludzi. Tylko budek telefonicznych jak na złość brak. 

Weszłam do jakiegoś kompleksu sklepów: ot tak żeby sobie zobaczyć, jakie tu są ceny. Niestety ładne ubrania to tutaj rarytas. Natomiast sprzedawcy przesadnie mili. Oglądam jedną sukienkę, podchodzi sprzedawczyni i z wielkim entuzjazmem krzyczy: „Tak! Ta sukienka jest stworzona dla ciebie! Będziesz w niej wyglądała prześlicznie!” Odburknęłam tylko pod nosem: „Dziękuję, ale ja tylko oglądam…” Chwilę później podchodzi następna i ni z gruszki ni z pietruszki: „How are you?” z przymilnym uśmiechem numer 158 na twarzy. Może to i jest miłe, ale mi działa na nerwy. Chyba jestem nieco uprzedzona do tego narodu…
W połowie „Mili” postanowiłam się skupić tylko na szukaniu budki telefonicznej. Było to ciężkie zadanie…Dotarłam do jeziora, a tu ciągle żadnej budki…W końcu postanowiłam zejść „do podziemi”. Wcześniej wkroczyłam w uroczą dzielnicę malutkich domeczków we włoskim stylu. Chyba to była jakaś bogata dzielnica. Gdy udało mi się w końcu znaleźć telefon (okazało się, że są przy każdym wejściu do kolejki…J) to najpierw jeden był zepsuty, z następnego sama zrezygnowałam, bo był przy drodze, natomiast przy trzecim okazało się, że miałam za mało drobnych żeby zadzwonić. Albin powiedział mi, że wystarczy mieć ćwierćdolarówkę, a tu się okazało, że i dwie to za mało…Na jeden telefon potrzeba było całe 80 centów. Kiedy w końcu udało mi się dodzwonić, to odezwała się skrzynka głosowa. No nic. Postanowiłam się jeszcze trochę powłóczyć i zadzwonić ponownie. Poszłam do Parku Milenium. Cudownie się złożyło, bo akurat jakaś orkiestra miała próbę przed koncertem. Leżałam sobie na trawie, słuchałam muzyki i podziwiałam Chicago (z tej perspektywy dużo bardziej mi przypadło do gustu: nie czuję się już taka mała i zagubiona w wielkim mieście).
Chicago - Park Millennium
Po dwóch godzinach znowu zadzwoniłam do mojego nowego szefa. Tym razem była to udana próba. Odezwał się głos z bardzo wyraźnym hinduskim akcentem. Mam jeszcze jeden dzień wolnego! Zaczynam dopiero w piątek, a na dodatek mogę pracować w Chicago! Oznacza to, że mogę mieszkać z rodzicami Albina i mieć stały dostęp do Internetu, a to oznacza, że też do Albina! Hurra!
Aby to uczcić postanowiłam sobie kupić coś ładnego. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu z wyprzedażą. Znalazłam tam prześliczną (o dziwo, bo to się rzadko zdarza w amerykańskich sklepach) spódniczkę. Mój pierwszy nabytek w USA J Zaczęło się robić trochę późno, a ja jeszcze chciałam pogadać z Albinem, więc wróciłam do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz