Moim priorytetem
na ten dzień było dodzwonienie się do mojego nowego pracodawcy – Jagmoheda. W
tak zwanym między czasie postanowiłam znaleźć budkę telefoniczną, a na dobry początek
powłóczyć się trochę po mieście. Pierwszym celem była chicagowska Złota Mila.
Wszystko olbrzymie: budynki do nieba, nieskończenie dużo samochodów i jeszcze więcej
ludzi. Tylko budek telefonicznych jak na złość brak.
Weszłam do jakiegoś
kompleksu sklepów: ot tak żeby sobie zobaczyć, jakie tu są ceny. Niestety ładne
ubrania to tutaj rarytas. Natomiast sprzedawcy przesadnie mili. Oglądam jedną
sukienkę, podchodzi sprzedawczyni i z wielkim entuzjazmem krzyczy: „Tak! Ta
sukienka jest stworzona dla ciebie! Będziesz w niej wyglądała prześlicznie!”
Odburknęłam tylko pod nosem: „Dziękuję, ale ja tylko oglądam…” Chwilę później podchodzi
następna i ni z gruszki ni z pietruszki: „How are you?” z przymilnym uśmiechem
numer 158 na twarzy. Może to i jest miłe, ale mi działa na nerwy. Chyba jestem
nieco uprzedzona do tego narodu…
W połowie „Mili”
postanowiłam się skupić tylko na szukaniu budki telefonicznej. Było to ciężkie
zadanie…Dotarłam do jeziora, a tu ciągle żadnej budki…W końcu postanowiłam
zejść „do podziemi”. Wcześniej wkroczyłam w uroczą dzielnicę malutkich
domeczków we włoskim stylu. Chyba to była jakaś bogata dzielnica. Gdy udało mi
się w końcu znaleźć telefon (okazało się, że są przy każdym wejściu do kolejki…J) to najpierw jeden był zepsuty, z następnego sama
zrezygnowałam, bo był przy drodze, natomiast przy trzecim okazało się, że
miałam za mało drobnych żeby zadzwonić. Albin powiedział mi, że wystarczy mieć
ćwierćdolarówkę, a tu się okazało, że i dwie to za mało…Na jeden telefon potrzeba
było całe 80 centów. Kiedy w końcu udało mi się dodzwonić, to odezwała się
skrzynka głosowa. No nic. Postanowiłam się jeszcze trochę powłóczyć i zadzwonić
ponownie. Poszłam do Parku Milenium. Cudownie się złożyło, bo akurat jakaś
orkiestra miała próbę przed koncertem. Leżałam sobie na trawie, słuchałam
muzyki i podziwiałam Chicago (z tej perspektywy dużo bardziej mi przypadło do
gustu: nie czuję się już taka mała i zagubiona w wielkim mieście).
![]() |
| Chicago - Park Millennium |
Po dwóch godzinach
znowu zadzwoniłam do mojego nowego szefa. Tym razem była to udana próba. Odezwał
się głos z bardzo wyraźnym hinduskim akcentem. Mam jeszcze jeden dzień wolnego!
Zaczynam dopiero w piątek, a na dodatek mogę pracować w Chicago! Oznacza to, że
mogę mieszkać z rodzicami Albina i mieć stały dostęp do Internetu, a to
oznacza, że też do Albina! Hurra!
Aby to uczcić
postanowiłam sobie kupić coś ładnego. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu z
wyprzedażą. Znalazłam tam prześliczną (o dziwo, bo to się rzadko zdarza w amerykańskich
sklepach) spódniczkę. Mój pierwszy nabytek w USA J Zaczęło się robić trochę późno, a ja jeszcze
chciałam pogadać z Albinem, więc wróciłam do domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz